Epilog: Graffele

Głos się wznosi do Boga i woła,
głos – do Boga, by usłyszał…
ręka w nocy niestrudzenie się wyciąga…

Gdybym to wszystko mogła zrzucić na zmęczenie… gdyby chociaż skrawek sumienia pozwoliłby uwierzyć, że to nie moja wina, ale tych iluzji, tych lewitacji i tych innych czarów, które musiałam wtedy rzucić… Boże, oddałabym resztę swojego życia, swój talent magiczny, aby móc… aby tylko móc…

Jak mogłam go nie zatrzymać… jak mogłam tak po prostu bezmyślnie za nim pobiec… przecież widziałam jego determinację… to już nawet nie zasługuje na miano błędu… sześćset tysięcy ludzi… kobiet, mężczyzn… dzieci…

Jak ja kiedykolwiek… komukolwiek spojrzę w oczy…

* * *

A musiała to zrobić szybciej niż by sobie tego życzyła. Nagły ruch Kattela przerwał jej rozmyślania. Był to jeden z tych szybkich, nie w pełni kontrolowanych gestów… Ręka jej towarzysza zacisnęła się na nożu, pokrytym krwią zmarłego Tahoe. Nimue w przeszłości zabiła już niejeden raz, jednak widok krwi jej niedawnej ofiary spowodował nagły, bolesny przypływ poczucia winy…jakby jej sumienie nie było już obciążone tragedią sześciuset tysięcy osób. Odruchowo spojrzała na swoje dłonie i ze zdziwieniem stwierdziła, że nie ma na nich rękawiczek. Omal nie wybuchnęła, w tym momencie, histerycznym śmiechem, omal…bo jej wzrok przykuły wyryte na skórze tatuaże…jakby nie znała już za dobrze ich kształtu. Miała wrażenie, że ktoś śmieje się z niej szyderczo… Phenex, patron magii i nauki, Stolos, pan dobra i pokoju…

Czy Bóg zapomniał o litości,
czy w gniewie powstrzymał swoje miłosierdzie?

Dokładnie w tym momencie uniosła wzrok, czując, że ktoś się jej przygląda. Intuicja jej, niestety, nie zawiodła. Jej spojrzenie zetknęło się z wzrokiem Kattela…zobaczyła tam to, czego najbardziej bała się ujrzeć i poczuła, że dłużej wytrzymać tego nie może…

Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, ukryła twarz w dłoniach, aby po chwili je odsunąć i stwierdzić ze zgrozą, że pokryte są krwią. Tatuaże, znajdujące się na zewnętrznej stronie jej dłoni, krwawiły. Nimue odruchowo spojrzała na Kattela, którego ręka tak mocno zacisnęła się na nożu, że na jego powierzchni zaczęły pojawiać się kropelki krwi… Nimue, blada jak ściana, patrzyła jak krew Kattela miesza się z krwią Tahoe, jak ta czerwona substancja spływa po ostrzu noża, a potem na ziemię, tworząc, w mniemaniu Nimue, długi potok niebezpiecznie zbliżający się do niej…

W pierwszej chwili zamarła, jednak prawdziwe przerażenie przyszło dopiero po chwili…bo oto pośród czerwieni pojawiła się jeszcze jedna postać, znana elfce lepiej niż jej własne odbicie. Oczy, srebrne jak jej własne, czarne włosy miękko opadające na plecy… i doskonale jej znane dłonie — szczupłe i delikatne… a w nich…

Nimue krzyknęła… siła tego krzyku zdziwiłaby nawet jej matkę, która nigdy nie sądziła, że jej cicha, elficka córka ma taką siłę w krtani. Krzyk pewnie zadziwił Kattela, który nawet na nią wtedy nie patrzył… bo gdyby spojrzał zobaczyłby jedynie udręczone przez wyrzuty sumienia stworzenie i nic poza tym. Gdyby Kattel znał się na magii dostrzegłby w jej panicznych ruchach próbę rzucenia lewitacji, chyba nawet coś jej wyszło, bo uniosła się nagle na wysokość dwóch metrów… po czym po prostu spadła na ziemię, zalana przez falę czerwieni.

A daleko, bardzo daleko na północy, pewien stary szaman uczył grupkę młodych podopiecznych. Opowiadał im jaka niebezpieczna jest magia, jak dzika jest jej natura, której nigdy do końca nie da się poskromić. Opowiadał im również o tym, że czasem, gdy nadmiar przeżywanych emocji jest nie do wytrzymania, czarodziej traci kontrolę nad swoim darem. Konsekwencje tego mogą być różne — najczęściej jednak atakowany jest umysł. Na końcu stary szaman dodał, że większość magów, szczególnie tych „racjonalnych” nie wierzy, że magia może mieć taki wpływ na umysł…

Nimue Graffele w to nie wierzyła. Sabine Graffele wręcz odwrotnie, lecz nigdy nie wyznała tego swej podopiecznej. Chciała oszczędzić jej bólu.

[Alchemist]