Epilog: Kattel

— Chodźmy.

— Chodźmy.

* * *

Nimue… Bomba… Co ja zrobiłem? Co my zrobiliśmy?

Mój Boże. Cały Nowy Orlean. A ja pobiegłem za Ruthkelem, zamiast pomóc Cade’owi i Milfordowi. Może gdybym tego nie zrobił, ci wszyscy ludzie wciąż by żyli.

Na jednej szali człowiek, którego szukałem dwa lata. A na drugiej setki tysięcy innych. W tym kobiety, starsi, małe dzieci. Dlaczego o nich nie pomyślałem? Dlaczego się nie zatrzymałem?

A ty pobiegłaś za mną. Dlaczego ty też mnie wtedy nie zatrzymałaś?!

Dlaczego oboje tak łatwo podpisaliśmy na nich wyrok?

* * *

— Chodźmy.

— Chodźmy.

I poszli. Ale chwilę później Robert Kattel zatrzymał się nagle pośrodku peronu. Głośno przełknął ślinę. Dopiero teraz dotarło do niego, co naprawdę zrobił.

– Nimue… Bomba… — przerwał, patrząc na czarodziejkę. Nie musiał i nie chciał dalej mówić. W tym spojrzeniu było wszystko. Przerażenie. Ból. I zżerające wnętrzności poczucie winy.

Honor. Tyle o nim czytałeś. Sam przed chwilą mówiłeś Kurtowi o sprawiedliwości. Dobrze wiesz, co powinieneś teraz zrobić. Ludzie, których tak podziwiałeś w Waszyngtonie, nie mieliby w tym momencie żadnych wątpliwości.

Jack Snyder też by ich nie miał.

Robert zadrżał jak w febrze. Może to przez stymulant, który nadal
pompował w jego krwiobieg kolejne dawki adrenaliny. Wyciągnął nóż, długi, zdobiony. Wciąż jeszcze spryskany krwią Kurta Ruthkela.

Zacisnął dłoń na ostrzu, nie czując nawet, jak zaczyna po nim spływać jego własna krew. Uniósł ramię na wysokość serca; nagłym, niezgrabnym ruchem. Potem podniósł wzrok i napotkał spojrzenie elfki.

Ostrze z brzękiem uderzyło o podłogę. Kattel upadł na kolana i drugi raz w swoim życiu zaczął płakać. Łez zabrakło mu już po chwili. I gdyby nie to, co stało się potem, klęczałby jeszcze bardzo długo.

[Robert Kattel (Scobin)]