Na wschód od Edenu

Transmisja 9/1001

Na wschód od Edenu

Trzy lata temu, gdy przybyłam do Nowego Orleanu, kierowało mną coś więcej niż ciekawość. Miasto znane z fantastycznych, jazzowych festiwali, stało się celem mojej podróży z bardziej prozaicznych powodów…

I dziś po raz pierwszy przyszło mi się zastanowić, czy warto było tutaj przyjeżdżać.

Współpraca drużynowa, delikatnie mówiąc, nigdy nie była moją specjalnością. Nowych osób, nie wita się z otwartymi ramionami, co najwyżej z ręką na kaburze pistoletu. Nie inaczej było i w tym przypadku, lecz jeśli stara, shadowrunnerowska zasada „Wspólne przeżyte wydarzenia tworzą nierozerwalne więzi drużynowe” jest prawdziwa, to ja niewątpliwie jestem już członkiem tego cyrku. Jednak po ostatnich dwudziestu czterech godzinach stwierdzam, że proces asymilacji był stanowczo zbyt szybki — i nie mam na myśli eksplozji Cade’a, niszczących mi ubranie czy kul Milforda, trafiających mnie w rękę — podobne błędy mogą zdarzyć się każdemu. Co prawda nie w ciągu jednego dnia. Ale jak to mówił wiele lat temu mój Maestro — W dobrym cyrku są artyści, w złym zaś jedynie małpy.

Po odejściu Rosjan, byliśmy świadkami jeszcze jednego ciekawego wydarzenia: szamani, którzy zatrzymali się koło lokum Milforda, wraz z nim próbowali przywrócić moc magiczną Wodza. Nigdy nie oglądałam rytuału przywołania wykonanego w tradycji prymitywnej magii szamańskiej… i stwierdzam, że niczego nie straciłam. Cokolwiek przywołali, przybrało formę ukrzyżowanego kozła… Żenada. Po rytuale Wodzu postanowił odejść z drużyny. Nikt po nim nie płakał, poza może Enochem, który tak się ucieszył z tego faktu, że nie mógł ukryć wzruszenia.

Potem poszliśmy coś zjeść do Milforda. Trochę później, po posiłku, drużynowy narkoman powiedział, że niejaka sekta Dzieci Gorszego Boga (z kim ta drużyna nie zadarła…) zaprasza ich na debatę nad sprawiedliwym końcem świata na barce Redemption. Tylko Milford palił się, aby na to iść. Co narkotyki robią z człowiekiem…

Panowie nic nie ustalili w sprawie „herbatki z fanatykami”. Na głowie mieli ważniejsze sprawy. W południe czekało nas spotkanie z panią de Vries w posiadłości o urokliwej nazwie „Eden”. Milford nie jechał, gdyż czuł się źle po nocnym rytuale. Na miejscu okazało się, że „Eden” to nazwa adekwatna; wokół posiadłości rozciągał się ogród tak piękny, że Jahwe pewnie pozieleniałby z zazdrości. Szkoda, że kamery i wartownicze duchy wiatru psuły tę rajską otoczkę…

Spotkał się tam z nami niejaki pan Smith. Choć nie powiedział nic konkretnego, z tego co mówił, dowiedzieliśmy się bardzo wiele. Jego organizacja to, że tak powiem, konkurencja dla Pana Jaya – człowieka, który skontaktował się z Enochem. Pan Jay i jego ludzie stworzyli Primorial. Sądząc z tego, co mówił o nim Smith, jest to jakaś niezwykle potężna broń — nie bomba czy zaklęcie, lecz może nawet ktoś/coś w rodzaju Boga. Projekt jest jednak niedoskonały, Pan Jay i jego ludzie nie potrafią go uruchomić. Dlatego ubzdurali sobie, że Enoch potrafi to zrobić. Cała akcja w „Antidotum” była ustawiona, tak aby chip z danymi o Primorialu trafił w ręce Ardena, żeby ten za jego pomocą uruchomił Primorial i „zbawił świat”. Okazuje się również, że nie tylko Enoch jest ich wybrańcem, lecz jestem nim także ja… Los stanowczo zbyt często wciska mi etat Mesjasza.

Trudno powiedzieć, czy Smith mówił prawdę. Jednak jakkolwiek by nie było, bardzo zależy im na Primorialu, bądź na jego twórcach. Wydaje mi się, że najęli Cade’a (można było to wywnioskować po ich zachowaniu), aby pomógł im w uzyskaniu informacji o nim. To wyjaśnia gadkę o Judaszu i dziwne spojrzenia rzucane w stronę Ardena i moją. Nie należy też zapominać o słowie „Danaos” z wisiorka. Z jednej strony brzmi to całkiem rozsądnie, ale trudno mi w to uwierzyć z jednego względu – tylko idiota nająłby Cade’a do zadania wymagającego subtelności, precyzji, inteligencji i stalowych nerwów. Z całej tej grupy kandydatem do tego zadania jest, co najwyżej, Yukashii.

Poza tym Smith zaproponował, abyśmy schwytali pana Jay i pomogli im zdobyć Primorial. W zamian przyjęliby nas do „Edenu”. Drużyna była jednak albo zbyt rozsądna (akurat), albo zbyt materialistyczna, aby przystać na tę propozycję. Zawiedziony Smith zaoferował trzy miliony nuyenów za chip z danymi o Primorialu. Ten jednak został skradziony; Yukashii wcisnął Smithowi, że sprzedali chip. Okazało się też, że obydwaj znają się… ten ostatni i jego ludzie również byli w „Antidotum”, prawdopodobnie, aby przejąć chip. Bikaver poznał go po sposobie, w jaki bawił się zapalniczką… Niezła pamięć, swoją drogą.

Następnym punktem dnia było załatwienie szefa włoskiej mafii. Dobrze, że Sabine nie żyje — gdyby się dowiedziała jak, wyglądała dzisiejsza akcja, chyba umarłaby ze wstydu. Faktem jest, że zabójstwo w miejscu publicznym wyklucza typowo „ciche” działania, ale wystąpiły pewne błędy, których można było uniknąć… Na przykład okazało się, że nikt nie wiedział jak Boadolerno wygląda, oprócz Yukashiego, który na akcji nie był — a na moje pytanie, czy wiedzą jak wygląda, odpowiedzieli, że tak. Poza tym podpalenie restauracji było totalnym debilizmem… aż mi słów brakuje. Z drugiej strony, ogniste zainteresowania Cade’a wreszcie się na nim zemściły. Niestety, nie mogę się z tego cieszyć. Gdy po (nie)udanej akcji udaliśmy się na adres podany przez Rosjan, okazało się, że ktoś ich zabił… a nas schwytali ludzie pracujący dla Counter-Terrorism Force, znani z wyjątkowo brutalnego traktowania tych, którzy są podejrzewani o działania terrorystyczne. O ironio, największy terrorysta w naszej drużynie ma edytor bólu. To chyba jedyny powód, dla którego warto mieć diodę zamiast mózgu.

[Nimue Grafell (Alchemist)]