Otrzeźwienia

Transmisja 3/11

Otrzeźwienia

Pojechali. Tak to jest; kiedy człowiek ceni sobie prywatość i mieszka na odludziu, to od razu zwali się na niego jakaś zgraja ze swymi małymi problemami. No dobra, ci zadarli z mafią, a potem w mediach zostali oskarżeni o ognistą hekatombę, a to są już duże problemy. Najgorsze, że sam siedzę w tym po uszy. Latali tu helikopterem, widzieli mój dom, przyjdą tu… a ja jestem juź tak zmęczony. Zarówno dzisiaj, jak i w skali życia.

U Sama znowu sie spieprzyło. Aż nie chce mi się tego wspominać. I jeszcze ten Yukashii: młody, przystojny, wyszczekany, zachłanny i irracjonalny. Najpierw kłócił się o moją część tych kosmicznych drugów, a potem chciał wyrzucić całą resztę. W końcu Wodzu przyjął swoją działkę. Widać, że może i zaawansowany ćpun, ale nie ma w nim ani kropli autorefleksji. Tylko zażył i dusza poleciała mu gdzieś tak daleko, że wszyscy stwierdzili zgon. Cade go wyniósł, ale natknęliśmy się na gliny, bo wcześniej nasz samuraj rozsmarowal na krawężniku jakiegoś punka. Oczywiście od razu puściły mu nerwy i zaczął do nich strzelać. W ich towarzystwie bez Niewidzialności i Pancerza… i jeszcze Gorącego Ziemniaka… no dobra, i tak czuję się przy nich niepewnie. W czasie gdy gliniarze szaleli od urojonych oparzeń na dłoniach, ja niewidzialny przedostałem się do Happy Old Vanu i zabrałem ich stamtąd. Jeszcze ktoś mi wysprayował wielkiego fallusa pomiędzy moimi prawie artystycznymi malowidłami. Pewnie to nawet ten punk. Dzięki, Cade! A następnym czarem, jakiego się nauczę, będzie Zmiana_wyglądu_pojazdu.

W drodze powrotnej Wodzu nagle się obudził. Pospadali z Cadem z motoru i znowu robiłem za paramedyka. Okazało się jeszcze, że samuraj osłaniał się „zwłokami” Wodza przed kulami i trzeba było dodatkowo go łatać.

No, ale dzień nie mógł być cały taki do dupy — był też pozytywny akcent: Arden załatwił nam kontakt do Sigmo. Widziałem soft pisany przez tego metaczłowieka i muszę przyznać, że bardzo oczekiwałem tego spotkania, bo jeśli ktoś miałby złamać UltraGPG, to nikt inny niż on. To, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tajemniczy Sigmo okazał się być piękną, elegancką kobietą. A ten Yukashii jeszcze zaczął się z nią kłócić o pieniądze. Cóż, może to i dobrze, że pieniądze są dla niego tak cenne — niech zatrzyma właśnie je dla siebie. Okazało się bowiem, że aby możliwe było złamanie szyfru, musimy najechać IceCube. Brzmi prosto, prawda? W sumie wszystko to mogłoby nic dla mnie nie znaczyć. Mógłbym zaszyć się w mojej śmierdzącej elektrociepłowni, ale… zasiedziałem się już i tak zbyt długo. Muszę sobie również udowodnić, że jestem czegoś warty. Że jestem warty może nawet i tej pięknej kobiety. Nie spotkałem nikogo takiego od… nie pamiętam.

Pojechali. Został tylko ten Indianin. Będzie spał gdzieś na parterze. Przywykłem do rozmów z duchami starożytnych mądrych wodzów, a nie z brudnymi fixerami chwalącymi się, że biorą prochy od dziecka. Siedzi tu sobie na ziemi, w której spoczywają szczątki jego przodków i zdaje się, że w ogóle nic go to nie obchodzi. Może jeszcze do niego przemówię? A może Oni?
— Chodź, przydasz się do czegoś.
Wyszliśmy na powierzchnię. Śmierdzące powietrze z oczyszczalni i żółty, chory księżyc. Jak całe to moje życie tutaj. Trzeba będzie coś z tym kiedyś zrobić.
— Widzisz tamte beczki? Weź jedną i przetocz tutaj na sam środek placu. Uważaj — jest w nich trochę ropy naftowej, wybierz jak najpełniejszą. A potem skoro jesteś fachowcem, zmontujesz mi dwa ładne czerwone przyciski. Widziałeś kiedyś żywiołaka ognia? Choćby jakiegoś małego? Mam nadzieję, że tego którego tutaj zaklnę i nakarmię tą ropą, nigdy nie będziemy mieli okazji obejrzeć z bliska. A znam tu jeszcze parę innych duchów. Zaraz się zgromadzą. Trzymaj się blisko mnie. Niektóre z nich będą wyglądać naprawdę strasznie, i zapewniam, że potrafią być równie niemiłe, ale w obecnej sytuacji nigdzie indziej nie masz większych szans przeżyć dłużej.

Kiedy zakończyłem inwokacje, przyzwania i związywania, księżyc był już wysoko na niebie. Przejaśniał. Może jest jeszcze dla mnie szansa w tym życiu? Może Ona…? Przypomniałem sobie rodzinę i to jak jako młody człowiek zaczytywałem się w poezji. A potem rozgrzane obcęgi w moich dłoniach i tych niewinnych ludzi. Nie cierpię, gdy przypomina mi się to wszystko. Poszedłem do mojego świętego legowiska w piwnicy i w świetle świec wewzwałem jeszcze jednego ducha. Było to tak trudne i trwało tak długo, by po tej pracowitej nocy napełniającej potęgą, po tym szalonym dniu napawającym lękiem i po tym parszywym życiu budzącym moją własną odrazę wykrzesać z siebie jakąś iskrę delikatności i piękna. Zasypiając, słuchałem jego przysięgi: że zapamiętał, że mnie poznał, że mi ufa, że poleci, że nikt go nie zauważy, że będzie mądry i skupiony, że każdej nocy będzie jej szeptał do ucha moje imię…

[Milford Cubicle (Malkav)]