Przerwanie transmisji

Transmisja 12/1100

Przerwanie transmisji

Rzeczywiście trafiła w nas rakieta. Prawie. Wybuchła tuż przed samochodem. Chwilę później wszyscy wylądowaliśmy w rzece. To chyba cud, że aligatory nie były głodne…

A potem udaliśmy się wszyscy do Trump International Hotel & Tower. Jedni ziemią, inni powietrzem, ale to nieistotne. Ważne jest to, że kiedy tam dotarliśmy, zastanawialiśmy się o minutę zbyt długo. Najpierw zaatakowali nas strażnicy, a potem grupa bandytów, których wcześniej minęliśmy. Nie mam pojęcia dlaczego. W każdym razie mieli wyrzutnię rakiet. I zrobili z niej użytek.

Kiedy Nimue i ja ocknęliśmy się pod gruzami, nadjechał samochód. W środku był Ruthkel. I wtedy zrobiłem najgorszy błąd w moim życiu. Pobiegłem za nim. Tak, przed oczami miałem tylko czerwień… i ciała rodziców. Ale to nie jest żadne wytłumaczenie. Nie wtedy, kiedy miałem szansę ocalić trzysta tysięcy mieszkańców Nowego Orleanu. Gdybym pobiegł do wieżowca, zamiast gonić Ruthkela, Nimue podążyłaby za mną. I może razem zdołalibyśmy powstrzymać wybuch, byli tam jeszcze przecież Cade i Milford…

Tak, mam swoją zemstę. Mam to, czego tak pragnąłem; to, czemu poświęciłem dwa lata życia. Ale za jaką cenę?

Za jaką, kurwa, Boże, cenę?

[Robert Kattel (Scobin)]

* * *

connect –h 234.1.100.31.15:135

login: -u earden -p ****************

— LOGIN SUCCESSFUL —

call –s 88056

.. Mow szefie.

Transmisja została przerwana…

To takie nierzeczywiste. Tak cicho, a przecież wokół nas strzelają. Nawet wybuch, który rzucił samochodem jest taki… sztuczny? Mało wyrazisty? Ciężko rzec.

Zostaliśmy z Yu oddzieleni od reszty grupy. Oni chyba wpadli do rzeki. A może nie? Mniejsza.

Kule wesoło świszczą w powietrzu. Stanowczo za blisko nas… Szaweł coś krzyczy. Mamy iść za nim.

To był zły pomysł. Przez duże Z.

To jest wkurwiające. Całe miasto było ogarnięte zamieszkami, a my musieliśmy akurat trafić na tego skurwysyna Carlita. Pierdolony los… A ludzie się dziwią, że nie lubię ludzkich magów.

Nie myślałem, że to możliwe, ale pan jestem-bucem Carlito okazał się równie pamiętliwy, jak ja. Szaweł okazał się trochę zbyt kozacki i pożegnał się z nami wylewnie – oblewając nas wnętrznościami — a Montana zaprosił nas — a jakże — do samochodu (a ściślej, do bagażnika). Na małą wycieczkę do tartaku. „Na mielone”, jak to ładnie ujął Yu.

Okazało się, że nie byliśmy w bagażniku sami. Wzruszające. Jechał z nami jakiś makaroniarz. Tony mu chyba było. Nie dość, że miejsce zabierał, to jeszcze, kurwa, krwawił. Oszaleć można było od tej alergii…

Bogu dzięki, że podróż była krótka. Myślałem, że się uduszę.

Tony chciał się układać z Carlitem. Żeby go puścił i te sprawy. Potem już nikt nie chciał się układać.

Z Montany prawdziwy dżentelmen wyszedł. Oprowadził nas po swoich… drewnianych… włościach. A na sam koniec pokazał swoją perełkę. Szatkownica 2000. Robi wrażenie.

Potem z prawdziwą kurtuazją pozwolił nam wybrać, który chce ją wypróbować jako pierwszy. Jak zapewne się domyślasz, wybór był naprawdę trudny. Żaden z nas nie chciał się wpychać przed drugiego.

Prawdziwy Wersal.

A potem… A potem było dużo płomieni. Zmiotło Montane i jego pomagierów. Atmosfera się trochę ociepliła. Nie zgadniesz, kto przybył nas uratować. Wodzu! Myślałem, że się pod ziemię zapadnę. Nagle ta szatkownica nie wydała mi się taka zła… Wodzu bohater… nadal się wzdrygam.

Okazało się jednak, że to nie będzie happy end. Montana przeżył żywiołowy atak Wodza. Cóż, to było do przewidzenia. Zrzuciliśmy więc na niego belki wspornikowe z sufitu.

Dwa razy, na oko, pięć ton. To też przeżył… Kurwa…

Potem dorwał się do wózka widłowego… „biedny’ Wodzu. W sumie powinienem czuć smutek, nie? Chciał nas przecież uratować. Tak czysto go przebił, ah… eee, wracając… Musiałem mu ten wózek wysadzić, bo potem wziął się za nas. Yu wymiękł gdzieś po drodze, a mnie Montana wyzwał na miecze (a ściślej: katana vs jakiś drąg mocy). Nie wiem, jak taki grubas może się tak szybko poruszać. Bo SPALAĆ energię miał z czego…

A potem… A potem dostałem drągiem przez łeb. Więcej nie pamiętam.

.. Fajne szefie.

.. A nie moglbys teraz od poczatku, powoli i z

.. wieksza iloscia szczegolow?…

Tia, ja też się cieszę, że przetrwałeś MagBurzę.

[Enoch Arden (Kirtan)]

* * *

Już od samego początku los się do nas uśmiechnął… Jednak to lekkie skrzywienie warg nie zwiastowało nawet Pyrrusowego zwycięstwa… Jakaś rakieta uderzyła w nasz pojazd i wpadliśmy do rzeki. I tam pojawił się problem, a raczej cały szereg problemów w postaci wygłodniałych aligatorów… na szczęście iluzja, lewitacja i gecko poradziły sobie z tym…

Następnie Milford zanalizował zdjęcie windy, jakie zrobiliśmy z Kattelem i dzięki temu udało się zlokalizować bombę. Znajdowała się w najwyższym wieżowcu w Nowym Orleanie. Nie marnując czasu udaliśmy się tam. Po drodze mieliśmy szczęście — nie mogłam całej grupy „dostarczyć” na miejsce za pomocą lewitacji, ale spotkaliśmy znajomych Milforda i dzięki nim, konno, udaliśmy się na miejsce. Niestety, po raz kolejny los się uśmiechnął — po drodze spotkaliśmy znajomego Cade’a (któremu Cade kiedyś odstrzelił nogę) wraz z całą uzbrojoną bandą uliczników. Początkowo ten ork nie poznał naszego Greka (był chyba zbyt pijany), ale później przypomniał sobie… w efekcie znaleźliśmy się między młotem a kowadłem, między strzelającymi w nas sekciarzami a gangerami… jeden z nich wystrzelił z bazooki… jedyne co pamiętam, to osuwający się gruz… i jeszcze Kattela, który nagle mnie zasłonił…

Gdy obudziliśmy się, byliśmy sami. Cade znajdował się w budynku, do którego zmierzaliśmy, a Milford zniknął. Chcieliśmy już wejść do środka, gdy nagle pojawił się Tahoe, a Kattel pobiegł za nim bez opamiętania. Pogoń za Tahoe zakończyła się w metrze… Tahoe mógł mnie zabić, ale Kattel trafił go nożem. Potem ja uwieńczyłam dzieło, uderzając Tahoe nożem w brzuch. Jednak nasze gorzkie zwycięstwo nad nim przypieczętowała klęska Nowego Orleanu… nasza klęska…

A gdzieś, niezauważony, los uśmiechnął się po raz ostatni…

[Nimue Graffele (Alchemist)]

* * *

Nie patrzyłem, jak wybucha. Nie było to już istotne. Umarłem.

Nie w chwili wybuchu, który był tak szybki, że nawet bym go nie zauważył, lecz kilka sekund wcześniej dusza opuściła ciało i w tej chwili kierowała się już ponad budynkiem w stronę zorzy polarnej. Jak na filmach akcji, gdzie bohaterowie w ostatniej chwili uchodzą z życiem ścigani przez falę eksplozji. Ale ja nie uszedłem z życiem, lecz z samą tylko duszą. Ja umarłem. Natomiast parę chwil później Cade nie zobaczył po zdjęciu obudowy zapalnika dwóch drucików w bardzo sugestywnych kolorach, tak aby szczęśliwym trafem wybrać właściwy. Bo to nie był film. A ja umarłem.

Umarł też Cade i tysiące ludzi, których spopielił wybuch bomby. Bez przesady można powiedziec że umarło całe miasto. Tylko że inaczej, bo w wyniku detonacji termonuklearnej, a ja — tak po prostu, po ludzku. Bez wyraźnej przyczyny. Bo przecież nawet tak głębokie poparzenia współczesna medycyna potrafi wyleczyc. Najwyżej byłbym trochę nawszczepiany, ale większość ludzi teraz tak żyje. Nie umiera się też od tego, że człowiek, z którym wspólnie przeszło się tak wiele, jak ja z Cadem, potrafi bez skrupułów strzelić ci w twarz — pod warunkiem, że w komorze nie ma naboi. Prawdopodobnie nie niesie również śmierci to, że takie seryjnie produkowane maszyny do zabijania nazywa się meta-ludźmi, choc mnie to osobiście przeszkadzało. Człowiek nie umiera też wraz z ostatnią nadzieją na szczęśliwe życie, gdy w parę dni po poznaniu jedynej od paru lat wartościowej kobiety ginie ona, kiedy korporacyjni żołnierze szturmują jego dom. Nie jest śmiertelne również to, że mieszka samotnie w opuszczonej elektrociepłowni w cuchnącej okolicy, choć niewątpliwie zwiększa to ryzyko wielu groźnych chorób.

A szkoda, bo w takich wypadkach byśmy normalnie poumierali i nie byłyby konieczne żadne bomby. Tak się kłóciłem z Regeriuszem, że przed zagładą konieczny jest znak — a czyż nie dostałem ich dosyć? Całe moje życie i wszystko co w nim zaobserwowałem, było jednym wielkim znakiem zbliżającej się zagłady tego miasta, w którym nic normalnie nie umierało, mimo że orkowe gangi czaiły się z maczetami w każdym ciemnym kącie. Na koniec przynajmniej ja sam umarłem, podziwiając od wewnątrz majestat MagBurzy, podczas gdy całe to cholerne miasto wyparowało.

Bo musicie wiedzieć, ze wybuch termojądrowy nie jest tylko sprawą ziemską, lecz niesie tak ogromną potęgę, że spopiela nawet i dusze. Oczywiście mogłem to postrzymać. Nigdy o to nie prosiłem, lecz spadła na mnie ogromna odpowiedzialność, gdyż to ode mnie zależało, czy będziemy próbowali temu zapobiec, czy pozwolimy Dzieciom Gorszego Boga na ich wielkie dzieło. To nie jest tak, że uznałem ich siłę, tudzież że zostałem nawrócony przez MagBurzę, jak z pewnością by się stało wśród setek profanów, gdyby tylko mieli okazję. Nie! Ja w pełni poczułem się Wybranym do tej odpowiedzialności i w pełni ją udźwignąłem. Może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale dopiero gdy nie pozwoliłem na hekatombę ludzi z centrum finansowego, by dac złudną szansę ratowania reszty — wtedy dopiero po raz pierwszy w życiu poczułem się człowiekiem. Nie było też tak, abym we współpracy z sektą szukał jakiejś zemsty za doznane krzywdy, czy zmarnowane życie. Myślę, że to był taki gentlemański układ między mną a miastem. Pozwoliliśmy sobie normalnie umrzeć, gdy już nic innego nam nie pozostało.

Bo wiecie, może i wam się to wszystko bardziej podobało. Zapewne gdyby okrzyknięto mnie bohaterem też by mi się spodobało, na chwilę. Ale nie mógłbym nie zauważać, do czego to wszystko zmierza. Przeczuwałem to od dawna i do samego końca zastanawiałem się nad wyborem, ale zrozumiałem wszystko w chwili, gdy napalm spalił mi pół twarzy. Całkowicie zespoliłem się wtedy z tym miastem. Ponieważ nie jest problemem, czy czucie znajduje się w tej części twarzy, która boli, czy tej, która nie. Jak już mówiłem, teraz się na to nie umiera, bo medycyna wszystko potrafi ukryć, załatać i nie pozwolić na zgon. Problemem jest to, gdy twarz należy do chorej, zepsutej istoty, która nigdy nie powinna była powstać.

[Milford Cubicle (Malkav)]

* * *

Obraz przedstawiał atomowy grzyb rozkwitający nad Nowym Orleanem. Nieziemskie błękitne światło zalewało kolejne dzielnice niosąc śmierć ich mieszkańcom. W rogu widniał zamaszysty podpis Bruno Lumenthala, nowoorleańskiego mistrza pędzla, który zginął tego pamiętnego dnia.

Kontrahent pieczołowicie zawinął obraz w szary, pakowy papier.

— Skąd mogę mieć pewność, że to jedyna kopia?

— Chcesz sprawdzić mój SIN? Byłem tam, gdy wybuchła bomba… Tego widoku nie zapomnę przez resztę życia. Słono zapłaciłem za ten „przywilej” — bez skrępowania pokazałem blizny oparzeń i oko pokryte bielmem. — Bruno zapłacił jeszcze więcej. Skonał nim dotarła pomoc, ale zdążył namalować to. Ja chcę za to marne 50000. To suma, która pozwoli mi kupić nowe, nieskażone promieniowaniem ciało.

— Tam nie było promieniowania… — w umyśle kontrahenta budziły się podejrzenia.

— A ty wierzysz w te korporacyjne kłamstwa?! — w moim oku zabłysło szaleństwo.

Kontrahent uspokoił się. Uwierzył w moje demony. Mógł spokojnie przejść do natarcia.

— Oczywiście, oczywiście… ale nie dam więcej jak połowę sumy…

Mięśnie na mojej twarzy zagrały, jakbym toczył jakąś wewnętrzną walkę.

— Okradasz kalekę, ale to powinno starczyć na operację… – rzuciłem zrezygnowany.

Kontrahent pospiesznie opuścił mieszkanie unosząc ze sobą bezcenny nabytek i poczucie ubicia interesu życia… podobnie jak dwóch poprzednich. Tak się zarabia na sentymentach.

Spojrzałem w lustro. Nanoprzebranie ujawniło moją prawdziwą postać. Żadnych oparzeń. Ręka jeszcze nie wróciła do pełnej sprawności, także oko przykryte opaską potrzebowało na regenerację kilku dni. Te pamiątki po starciu z Montaną znikną, gorzej ze wspomnieniami. Jednak trzeba żyć dalej. Paradoksalnie spotkanie z tym skurwielem uratowało nas od atomowej zagłady. Po rozbiciu naszego konwoju wpadłem z Ardenen w jego argentyńskie łapska. Na szczęście zapragnął wykończyć nas w swojej podmiejskiej fabryczce bólu. Sytuacja nie przedstawiała się różowo, ale z odsieczą przybył odmieniony Wodzu. Jego ognista reinkarnacja narobiła niezłego bałaganu. Niestety nie okazał się feniksem… Montany nie powstrzymała nawet rozpędzona maszyna transportowa, jednak udało mi się go podejść, gdy pastwił się nad Ardenem. Włócznia Wodza prowadzona moją ręką przebiła trzewia Montany. Skurwiel stracił grunt pod nogami i wylądował we wnętrzu swojej makabrycznej machiny. Kto by pomyślał…

Spojrzałem na grot włóczni leżący na stole.

— Sentymenty mogą mnie zabić… — pomyślałem, gdy ostrze wylądowało w torbie obok biletu lotniczego.

— …ale na coś trzeba umrzeć — dodałem sięgając po paczkę fajek.

[Yukashii Bikavér (Misiołak)]