Tony stali

Transmisja 2/10

Tony stali

— Od czego by tu zacząć…
— Może od „Mój drogi, różowy pamiętniczku”?
— Och zamknij się. To ty masz mnie słuchać, a nie ja ciebie.
— Coś taki dziś spięty szefuniu?
— To był stanowczo za długi dzień.
— Zatem zamieniam się w słuch.

Ktoś kiedyś powiedział, że nieszczęścia chodzą parami. Sprostowanie — chodzą tabunami…

Weźmy ostatnią noc. Zwalona akcja, strzelanina, utrata dwóch pojazdów (w tym mojej hondy, sic!)… Aaa! Nie, przepraszam, trzech. Zapomniałem o motorze Alexa. Potem zniknięcie Verigo… Cóż, można się było spodziewać najgorszego, ale drobną nadzieję jednak miałem. Zwłaszcza po tym telefonie.

Która to była? A tak ósma. Zajechaliśmy opodal City Park Golf Course. Z pobliskich wideofonów dzwonił James. No cóż, niestety nie był tak miły i nie poczekał na nas. Zabraliśmy się więc do poszukiwań. Ja i Alex obeszliśmy wideofony, ale nic ciekawego nie znaleźliśmy. To samo z pobliskim garażem maszyn budowlanych. Cade wybrał cel na miarę swoich gabarytów — udał się do opuszczonego budynku drukarni. Po chwili zawołał resztę. Ponieważ nie mieliśmy do budynku kluczy (przynajmniej tych respektowanych przez prawo), zostałem na czujce.

W czasie, gdy nasi przeszukiwali budynek, ktoś zrobił sobie jakąś brutalną jazdę po sieci. Początkowo myślałem, że chodzi o wideofony, ale szybko wyprowadził mnie z błędu jadący pełną parą buldożer (o mało mnie nie tratując), który wyjechał z pobliskiego garażu i ruszył na budynek drukarni. Co było dalej, wiadomo: gruz i ogólna rozpierducha. W końcu udało nam się go zatrzymać. Ba, udało mi się nawet zlokalizować animatora. Niestety, zanim dojechaliśmy na miejsce, zdążył się ulotnić. Kolejna porażka dnia.

W międzyczasie pojawił się zwariowany Milford ze swoim Old Happy Vanem. Od razu wszystkim się zrobiło weselej. Na krótko. Nagranie z oczu Cade’a z budynku ujawniło wiszącego Jamesa z przyczepioną kartką z napisem „Źle wybraliście sobie wrogów”. Kim są ci wrogowie, uświadomił nas Yukashii, który dołączył do nas później (podczas akcji z buldożerem, hmm, ulotnił się). Okazało się, iż, mówiąc wulgarnie, mamy wyjebane u Boadolerno, którzy to właśnie załatwili Verigo (a my ich chłopaczków w jego domu — che, che).

Mając dość instynktu samozachowawczego i wrażeń na dziś, postanowiliśmy zadekować się u Milforda, gdzie mogliśmy spokojnie odpocząć i ustalić dalszy plan działania (w przypadku Cubiego również spróbować prochów, które zabraliśmy z „Antidotum”). Przy okazji Cade dostał ofertę kupna pre-EuroWojennego czołgu za 200 tys., z której nie wiem, czemu nie skorzystał (ja bym się targował), a my wszyscy awansowaliśmy na (meta)ludobójców (okazało się, że „Antidotum” miało jakiś boczny serwer ochrony i dane naszych twarzy przetrwały moje czyszczenie i zostały pokazane w wiadomościach).

Dzień chylił się ku końcowi, zbliżała się godzina 20 — czas spotkania ze specem od prochów. A o jedenastej do Sigmo na „kawkę przy ultraPGP”.

Reasumując: to nie był fajny dzień… A za Verigo to mi niektórzy jeszcze zapłacą…

[Enoch Arden (Kirtan)]