Człowiek z Johannesburga

Transmisja 19/10011

Człowiek z Johannesburga

Wiesz, chciałbym kiedyś napisać: „To był zajebisty dzień, stary.”. Albo: „Boże, jak się wynudziłem”. Ale oczywiście nie, zawsze coś. Zawsze, kurwa, coś; i to od samego początku.

Lecieliśmy do Johannesburga samolotem. Porwali nas terroryści. Murzyni.

Żeby porwali dla okupu, tudzież uwolnienia z więzień swoich kompanów. Nie, my musieliśmy trafić na samobójców z bombą wojskową, którzy chcieli nas rozbić o dzielnicę mieszkalną.

Na szczęście odbiliśmy samolot. Było, co prawda, 90 ofiar wśród pasażerów, ale reszta (w tym my) przeżyła.

Na lotnisku zgarnęli nas zaraz dziennikarze, a potem służby specjalne. Na szczęście johannesburski odpowiednik Stansfielda nie skakał po stole, nie wiązał nas, ani nic podobnego, ale był jakiś taki nijaki. Podziękował nam, zapłacił za hotel, przeprosił za dziennikarzy. Żal dupę ściska na takie służby specjalne. Kolejny raz możemy oglądać nasze facjaty w telewizji.

Przybyliśmy do hotelu, rozpakowaliśmy się. Potem Kage, Nimue, Kattel (w moim nano), Seweryn i Cade poszli na miasto. Ja zostałem w hotelu. Miałem dość.

Pierwsza trójka udała się do cybernetyka — w trakcie strzelaniny w samolocie, Kage dostał kulą w kolano i, niestety, był potrzebny spawacz.

Przy okazji próbowali się czegoś wywiedzieć o naszym kontakcie — genialnym elektroniku, Marshallu Poundzie. Niestety, nie pomogło nawet skanowanie w wykonaniu Nimue. Facet wybitnie nie chciał rozmawiać na ten temat i wyprosił naszych z warsztatu.

I teraz, uwaga, na scenę wkracza Seweryn. Ten troll jest jakiś nieszczęśliwy, to aż smutne. Zeszli z Cadem pół miasta w poszukiwaniu odpowiednich elementów, bo zachciało mu się budować pancerz. Jakby optymistycznie sądził, że mu coś on da. No ale; kupili, co mieli kupić i wracali. I co? Wpierdolili się w sam środek jakiegoś zamachu/porwania.

Oczywiście, nasi nie mogli przejść „obojętnie koło krzywdy niewinnych istot”. Musieli pomóc potrzebującym. Polacy… Jakbyśmy mieli za mało wrogów. Uratowali małą dziewczynkę, Klarę, córkę, jak się potem okazało, tutejszego potentata zbrojeniowego, Barenda van der Forge’a. Pan Forge bardzo był rad, że uratowaliśmy jego córkę i przysłał po nas trzy samochody, by móc nam osobiście podziękować (co się stało z dyskretnymi liścikami…).

Posiadłość, jak to mówią, pełen wypas. Aż się niedobrze robiło od tych złoceń i detali. Pan Forge okazał się na szczęście białym człowiekiem (inaczej wątpię, bym mógł być dla niego miły), który wybitnie nie przyjmuje jakiegokolwiek sprzeciwu (po prostu go nie słyszy) i ma wkurwiający śmiech. Poza tym wydaje się być miły i godzien zaufania. Od razu budzi podejrzenia, nie?

Zaprosił nas na obiad, a raczej na małą ucztę. Potem okazało się, że przygotował już dla nas pokoje gościnne. No, jak żeśmy się ucieszyli, to możesz sobie wyobrazić (tylko Sewerynowi się to podobało). No ale, nie było rady. Dostaliśmy karty wejścia-wyjścia z posiadłości (żeby nie było, że jesteśmy więźniami, dobre sobie), a służba przywiozła nasze rzeczy.

Pan Forge był w szale twórczym. Po prezentacji naszych pokoi, zabrał nas na zwiedzanie jego fabryk (mieszczących się na jego małej działeczce). Dostaliśmy ładne pistolety z kolbą wysadzaną masą perłową, obejrzeliśmy Harrieta 3000… Nimue, Kattel i Kage powoli zaczęli umierać z nudów. Apogeum osiągnęli, gdy weszliśmy do laboratorium. Ech, było zajebiście. Takich nowinek w jednym miejscu nie widziałem od czasu studiów. No i znaleźliśmy pana Marshalla. Okazał się być pracownikiem pana Barenda.

W sumie na tym mógłbym skończyć opowieść. Niestety, życie nie jest takie proste. Do Forge’a przybiegł jeden ze służących. Ja i Yu dostaliśmy przesyłkę. Znowu…

[Enoch Arden (Kirtan)]