Miasto na Skale

Transmisja 16/10000

Miasto na Skale

Święte Miasto zawsze budziło we mnie szczególne uczucia. Tutaj, ponad pięćdziesiąt dwa lata temu, nastąpiła moja „Pierwsza Komunia” — jak to określił mój ojciec z uśmiechem, gdy wracaliśmy do Francji. Nathaniel nie był człowiekiem, który zwykł żartować, czy okazywać emocje. Nigdy nie słyszałam, jak szczerze się śmiał. Szkoda, gdyż głos miał niezwykle piękny… przynajmniej gdy śpiewał. Psalmy w jego wykonaniu były naprawdę pieśniami godnymi Boga… a może to wrażenie to tylko efekt magii. Czasem sama nie wiem, które moje wspomnienia z dzieciństwa są prawdziwe, a które to pozostałość po sznurkach Władcy Marionetek — magii mentalnej mojego ojca…

I chociaż przez wiele lat moje usta nie wymówiły jego imienia, to wciąż nie mogę zapomnieć. Wystarczy, że spojrzę w lustro, albo rzucę zaklęcie… Czasem mam wrażenie, że gdyby mój ojciec ożył i wykonał gesty, którymi tłamsił moją wolę, uległabym od razu, mimo lat, jakie poświęciłam na studia nad magią.

Z moich bliskich tylko Sabine coś wiedziała… ale to, co zostało z jej ciała, już wiele lat temu spłonęło w St. Denis… Niczym ofiara dla Boga.

Już dosyć o tym. Tydzień po spotkaniu z Narinem był naprawdę długi. Spaliśmy po trzy godziny na dobę, próbując wymyślić coś rozsądnego. Tak się nam spodobało to planowanie, że zapomnieliśmy o Cieniasie… znaczy Cieniu, którego polecił nam Gordon. Udało mu się zlokalizować naszą kryjówkę i postanowił wpaść z wizytą, mimo polecenia, że ma się komunikować przez commlink. Nie ma to jak niekompetencja… Przy okazji przywiózł ze sobą jakiś obraz, który kazał mu ukraść Yukashii. Tylko tego nam było trzeba, głośnej kradzieży przed infiltracją Watykanu.

Potem poszliśmy na spotkanie z trollem — polskim inżynierem nazywającym się Seweryn. Miał on nam pomóc uśpić czujność Szeloby (systemu chroniącego Archiwum). W końcu jest jej twórcą (choć trudno w to uwierzyć). Pierwsze, co mnie uderzyło, to jego zapach. Pewnie myje się częściej niż inne goblinoidy, ale intensywny zapach jego perfum zabił pewnie wszystkie muchy w promieniu dwóch mil. Spotkanie z nim było zajmujące z punktu widzenia językoznawcy, Seweryn naprawdę kaleczy język angielski. W myślach zaczęłam pisać już o tym pracę, ale major obrzucał mnie co chwilę lubieżnym spojrzeniem. Wschodnia kultura, kurwa mać. Trzeba przyznać, że na swój sposób ten troll jest przystojny… ale brak mu klasy. A Arden będzie mi teraz dokuczał dwoma adoratorami…

Podczas spotkania z Sewerynem z trudem powstrzymałam się, aby nie wyjść. Inżynierek ma naprawdę irytujący, „polski” sposób bycia. Długo trzeba było mu wszystko tłumaczyć, zanim się wreszcie zgodził. Muszę jednak przyznać, że to jego zachowanie utrudnia zauważenie pewnej cechy majora: jest bystry i na pewno wie coś o badaniach nad magotroniką. Będzie z nim więcej kłopotów niż z Milfordem.

Przez następne dni załatwialiśmy pozostałe części planu. Arden i Kattel znaleźli „u babci na strychu” cylinder z materiałami radioaktywnymi, a Yuikashii załatwił nam zamieszki. Spisał się aż za dobrze, ale o tym później.

Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Ja, Arden i Kattel siedzieliśmy w kawiarni i grzecznie jedliśmy ciastka, a reszta drużyny, Yu, Kage i Seweryn, udając kardynałów, jechała w limuzynie do Archiwum. (Troll-kardynał, mój ojciec w grobie się przewraca). Wcześniej nasza grupa załatwiła sprawę czujników ruchu.

Oczywiście, jednak coś musiało się spieprzyć. Przez kogo? No pewnie, że majora. Rozumiem, że trolle są dosyć niezgrabne, ale on jest chyba kaleką. Otóż, major upuścił sobie na sutannę ciasto: szarlotkę ze śliwkami (paskudną kuchnię mają w tym Watykanie, swoją drogą). Potem rozlał jeszcze na Kaga wino. Takie marnotrawstwo… Jakimś cudem (thanks, Arden) udało im się wejść do Archiwum, pomimo majora i Michelangelo, depczącego po wirtualnych piętach naszego technomanty.

Kłopoty zaczęły się później. Otóż nasz plan z zamieszkami okazał się bronią obosieczną. Yu był po prostu za dobry, gdyż Watykan zaatakowało 3000 komunistów, anarchistów, islamistów i Bóg wie czego jeszcze. Mieliśmy przez to problemy z zapewnieniem grupie będącej w Archiwum wsparcia macierzowego. Nawet skan magiczny nie wychodził dobrze… Mimo wszystko, akcja przebiegała gładko. Kage otworzył zamki, a major dezaktywował Szelobę. Wymienili dokument, zeskanowali oryginał i mogli wracać… Jednak chwilę później, wszystko, mówiąc po Ardenowemu, się zesrało. Nasze zamieszki były dosyć feralnym pomysłem, ale nie mieliśmy innego. Otóż, nie przewidzieliśmy, że rewolucjoniści będą tak dobrzy i wywołają prawdziwą burzę…

Komputery przestawiły się na tryb awaryjny i Arden miał problemy z opanowaniem wszystkiego… potem jeszcze dostał stołem, będąc na VR-rze. Pech chciał, że dostał nim w kluczowym momencie, łamiąc firewalla. Pompy próżniowe zaczęły działać i nasi kardynałowie podusiliby się, gdyby nie to, że Ardenowi udało się na chwilę unieruchomić pompy. Niestety, przy okazji zablokował też Archiwum i nasi kardynałowie nie mogli wyjść. Po dziesięciu minutach pompy znowu zaczęłyby działać i z kardynałów zostałyby trzy truchła. Oczywiście, zabrakło środków wybuchowych (po przeżyciach z Cade’em ta drużyna ma do nich trwały uraz). Musieliśmy w tym tłumie szukać jakiegoś terrorysty ze stosownym sprzętem (co za porażka) i jak najszybciej uwolnić towarzyszy (majora, niestety, też). Gdyby nie Kattel, pewnie wszyscy podusiliby się…. Mimo wszystko, chyba run się udał. Chociaż nasz nowy towarzysz umieścił podobno jakieś minidrony w ciałach Yu i Kaga. Nie ma to jak budowanie więzów drużynowych.

Potem udało nam się ukraść samochód i uciekliśmy, zostawiając za sobą to, co zostało z Watykanu. Nasze działania, mimo iż burzliwe, nie zostawią na Świętym Mieście głębszego śladu. Mimo wszystko, myślę, że mój ojciec byłby zadowolony, gdyby widział to, co zrobiłam. Boże wybacz mi, ale ta myśl ofiarowała mi dziwny spokój. Tak samo, jak rozmowa z nim przed pięćdziesięciu laty, po tym jak zabiłam kardynała Clausa Prantera.

[Nimue Graffele (Alchemist)]