Wprowadzenie do kampanii

Wprowadzenie do kampanii

W parszywie upalny, suchy jak gardło na kacu sierpniowy dzień roku 2071, Yukashii Bikavér, elf tak wyszczekany, że potrafiłby przegadać samego Pana Boga, powrócił do Nowego Orleanu. Czy właśnie stamtąd pochodził? To nie ma większego znaczenia. Shadowrunnerzy rzadko oglądają się za siebie, a wtykanie nosa w ich metryki to pomysł zdecydowanie gorszy od prowokowania trolla ustawionego na klubowej bramce. Który narzeka na ból zęba.

Bikavér przyleciał prosto z Japonii, ale to nie datachip z własnoręcznie wykonanymi, trójwymiarowymi fotkami Fujijamy stamtąd przywiózł. Nic za darmo — odtąd musiał żyć ze świadomością, że na drugim końcu świata pozyskał sobie paru potężnych wrogów, między innymi jednego całego w łuskach. Ale na razie tym się nie przejmował. Za zarobione nuyeny mógł przez najbliższe miesiące opływać w luksusy. Cóż, Bikavér nie miał w gruncie rzeczy wielkich wymagań. Odwiedzenie każdej cztero- i pięciogwiazdkowej nowoorleańskiej restauracji stało się jego doraźnym, powiedzmy urlopowym, celem. Do realizacji przystąpił z ochotą i entuzjazmem, a resztę wolnych chwil wykorzystywał do odnawiania starych znajomości.

Mniej więcej w tym samym czasie, po metaforycznie długiej podróży, do Big Easy dotarł mężczyzna znany w cieniach jako Cade. Był nafaszerowany cyberwszczepami niczym ruski pieróg serem; wszystkich czarodziejów i technomantów w promieniu stu metrów dopadała migrena. Także metaforyczna. A szkoda. Inna sprawa, że Cade specjalizował się w rozmazywaniu wrogich mu jednostek po ścianach oraz ulicach i czynił to z maksymalną precyzją oraz skutecznością. To nie ich słabości stanowiły o jego sile. Cade zadomowił się w anonimowym apartamentowcu. Na razie nie rozglądał się za robotą. Poznawał miasto i grał w koszykówkę.

Tymczasem lato się skończyło, przyszła jesień, Bikavér objadł wszystkie knajpy i postanowił zasilić swoje konto. Miał renomę, więc nie musiał długo rozglądać się za runem. Zlecenie przyszło od poważanego fixera Jamesa Verigo: Chodziło o wyciągnięcie z arkologii Saeder-Krupp biofizyka Maxwella Gondaliera, którego konkurencyjna firma skusiła wyższymi zarobkami i lepszymi warunkami pracy. Rzecz jasna, kontrakty z S-K były podpisywane na całe życie, a megakorporacja aż do przesady dbała o ich wypełnianie. To nie miało być proste zadanie.

Bikavér przystąpił do kompletowania teamu. Ramieniem zbrojnym powstającej drużyny stał się Cade, który właśnie zaczął szukać jakiegoś zajęcia. Potrzebny był również haker. Verigo skontaktował Bikavéra z elfem Enochem Ardenem, fracuskim technomantą i dobrym fachowcem o niewyparzonej gębie. Arden działał w Nowym Orleanie od kilku lat i shadowrunnerstwo nie było dla niego niczym nowym.

Współpraca układała się pomyślnie, przygotowania szły pełną parą. Niestety, wszystko w pewnym momencie zacięło się, bo zabrakło kluczowych informacji, których technomancja Ardena nijak nie mogła pozyskać. Jak to w cieniach bywa, szybko znalazł się ktoś, kto był w stanie je zapewnić, ale zażądał specyficznej zapłaty. Blogger Alex Wight posiadał dojścia, na których zależało Bikavérowi i spółce. Jednak Wight nie chciał pieniędzy — jego pasję i sposób na życie stanowiło uczestniczenie w runach, nagrywanie ich wyrafinowanym sprzętem zamontowanym na czerepie i publikowanie w Macierzy. W pierwszej chwili najemnicy byli sceptyczni, ale gdy Wight obiecał im, tak jak wszystkim innym drużynom, z którymi wcześniej współpracował, pełną anonimowość, szybko się dogadali.

Do wydobycia Gondaliera z enklawy Saeder-Krupp doszło w pierwszej połowie grudnia. Szkoda bitów na szczegóły — był to koniec wieńczący dzieło. Akcja potoczyła się bezproblemowo, Gondaliera odstawiono w umówione miejsce, Bikavér, Arden i Cade dostali swoje nuyeny, a Wight — swój simsensoryczny materiał. Przesadą byłoby mówienie o zgodności charakterów, ale trzeba wiedzieć, że cała czwórka stworzyła zgrany zespół i sprawnie jej się współpracowało. Nie mieli nic przeciwko kolejnej wspólnej akcji… za jakiś czas. Na razie ich drogi się rozeszły.

„Za jakiś czas” minął szybko. Kolejne zlecenie pojawiło się w końcu stycznia. Było nieskomplikowane i nieszczególnie niebezpieczne, a przy tym dobrze płatne. Problem polegał jednak na tym, że do obu serwerów, umieszczonych w strzeżonych kompleksach, należało się włamać jednocześnie — gdyż w przeciwnym razie sprzężone zabezpieczenie spowodowałoby usunięcie drugiej porcji danych z drugiego z nich — i korzystając bezpośrednio z terminali — bo nie były podłączone do Macierzy, a jedynie kontaktowały się między sobą specjalnym, wewnętrznym łączem. Enoch Arden nie mógł się rozdwoić, więc team potrzebował kogoś do pomocy. Padło na Milforda Cubicle, zdziwaczałego i lekko pokręconego, ale cieszącego się dobrą renomą w shadowrunnerskim światku hakera, trudniącego się także szamaństwem. Przy okazji zwerbowano też Joaquina Rodrigo zajmującego się między innymi infiltracją. Bikaver i Cade zdecydowali bowiem, że podział 3-3 będzie pewniejszy od podziału 3-2. Nie była to zła decyzja — szybko okazało się, że Rodrigo potrafi sypnąć cennymi poradami taktycznymi i jest zupełnie sympatycznym kolesiem.

Czy trzeba mówić, że i to zlecenie nasza szóstka wykonała bezbłędnie?

Minęło kilka miesięcy. Ósmego kwietnia, niedługo po pierwszych doniesieniach o MagBurzy, do teamu zgłosił się James Verigo. Miał nowe zadanie i trudno było dojść, co on sam o nim sądzi — z jednej strony podkreślał jego „delikatność”, z drugiej twierdził, że nie powinno przysporzyć większych problemów, lecz stawka jest bardzo wysoka, więc drużyna musi się naprawdę postarać. Oferował okrągłe 100.000 nuyenów. To rzeczywiście sporo jak na kilka godzin pracy…

* * *

Znacie na pewno „Antidotum”? Ten wielki klub blisko zakola rzeki na Napoleon Avenue? Dobra. Więc słuchajcie. Jutro w nocy, o pierwszej, w pokoju 23 na zapleczu, dojdzie do przekazania z rąk do rąk pewnej małej walizki. Domyślacie się już o co chodzi, prawda? Hmm…? Co jest w walizce? Rozumiem, że to pytanie retoryczne? Oczywiście nic legalnego, ale też nic niebezpiecznego dla zdrowia lub życia przenoszących ją osób. Szczegóły was nie obchodzą.

Tak, punktualnie o pierwszej, w dwudziestcetrójce. To informacja absolutnie pewna, więc nie musicie tracić czasu na jej potwierdzenie, nie pytajcie też, skąd ja wiem. Obie zainteresowane strony spędzą w tym pokoju mało czasu, więc musicie działać precyzyjnie. Jeśli wkroczycie do akcji 10 minut po pierwszej, powinno być dobrze. Macie zrobić dwie rzeczy: Przejąć walizkę i jak najprędzej stamtąd z nią spieprzać. Prosto do mnie. Powtarzam: Jak najprędzej. Najprawdopodobniej wymiana będzie osłaniana z zewnątrz. Jeśli przy odwrocie natkniecie się na siły wroga, a pewnie się natkniecie, to nie wdawajcie się w żadne starcia. Wykorzystajcie tłum ludzi wokół was i jak najszybciej się stamtąd ewakuujcie.

Na zapleczu „Antidotum” obie strony będą czuły się bezpiecznie, dlatego uderzycie właśnie tam. Oczywiście, przekazanie walizki będzie zapewne nadzorowało kilka karków. Jeżeli wejdziecie do akcji sprawnie, zaskoczycie ich zupełnie i unieszkodliwienie nie powinno przysporzyć większych problemów. Problemów oczekujcie raczej przy odwrocie, ale powtarzam: Wycofajcie się błyskawicznie, a będzie wporzo.

Ostatnio działaliście w szóstkę, tak? Hm. Pozornie może wydawać się, że do tego zadania potrzeba góra dwóch osób, ale lepiej zebrać cały team. Chcę mieć absolutną pewność, że nie dojdzie do wpadki. Poza tym: Niewykluczone, że gdy przyjedziecie do mnie z tą walizką, jeszcze tego samego wieczoru będę miał kolejne, równie dobrze płatne zlecenie, które trzeba będzie wykonać od razu. Chcę mieć was od razu wszystkich w jednym miejscu, bo czas będzie naglił.

Co? Nie ma jednego? Cubicle’a? Znowu się czegoś naćpał i wyjechał na seanse spirytystyczne? Kiedy wróci z tego lasu? No, nie za dobrze, bo na jutrzejszą noc planowana jest akcja. Musicie poradzić sobie bez niego. Zostawcie mu wiadomość, niech najwyżej potem dołączy.

Jutro w nocy czekam na was i na walizkę. Tutaj macie 20000 nuyenów zaliczki. Jakieś pytania? Jak żadnych, to powodzenia i do rychłego zobaczenia.

* * *

Do trzech razy sztuka.

[Mistrz Gry]