Dlaczego PBIRC?

  • PBIRC przypomina w dużo większym stopniu niż klasyczne sesje wspólne tworzenie interaktywnego opowiadania, po którym zostaje trwały ślad w postaci loga. Sprzyja on również narracyjnemu stylowi gry, jako że mechanikę na kanale IRC-owym stosuje się niewygodnie (i szybko okazuje się, że nie jest ona wcale tak nieodzowna, jak mogło się dotychczas wydawać).
  • PBIRC umożliwia MG swobodne i niczym nie skrępowane porozumiewanie się z poszczególnymi graczami w tajemnicy przed pozostałymi. Daje to ogromne możliwości manipulacji, o których sesje w realu mogą tylko pomarzyć.
  • Doświadczenie moje i innych graczy każe twierdzić, że w PBIRC-u ciekawiej rozwijają się stosunki między postaciami. W sesjach „na żywo” drużyna postępuje jednolicie i uczestnicy zgodnie ze sobą współpracują. W PBIRC-u dużo łatwiej o konflikty interesów pomiędzy graczami / bohaterami, o wewnątrzdrużynowe niesnaski pogłębiające fabułę oraz psychologię postaci.
  • Granie w RPG przez internet to jedyna opcja dla osób, które nie mają z kim grać w realu. PBIRC natomiast, w moim osobistym odczuciu, jest rozwiązaniem lepszym od PBEM-a (grania przez maile) ze względu na znacznie większą dynamikę wydarzeń.

Wypowiedzi Graczy

Dabroz: Co myślę o RPG via IRC? Otóż uważam, że taki sposób rozgrywki ma sporo zalet. Pierwszą z nich jest podobny styl gry, co w „klasycznych” sesjach. Przecież tak w jednym, jak i w drugim przypadku chodzi głównie o dialog między bohaterami graczy i nie-graczy uzupełniony opisami Mistrza Gry. W sesje PBIRC można wpleść również inne elementy pomagające w budowaniu nastroju, podobnie jak w sesji prowadzonej na żywo – muzyka, różne rekwizyty w postaci dokumentów, map; to wszystko jest łatwe do osiągnięcia. Szwankuje nieco coś, co można by z grubsza nazwać „interfejsem”. Siedzenie w ciemnym, zadymionym pokoju, gdzie nie ma niczego innego poza Grą, trudno porównać do wieczoru spędzonego przed klawiaturą, za pomocą której wklepuje się polecenia i wypowiedzi. Trudniej też o synchronizację – w przeciwieństwie do grania na żywo, gdzie raczej trudno o to, by wszyscy mówili w jednym czasie (zakładamy, że gracze RPG są ludźmi kulturalnymi; ponadto przyjmujemy, że mowa jest ciągła, w przeciwieństwie do wypowiedzi pisanych na chacie, które są, niestety, skokowe). Trudniej jest też MG kontrolować przepływ informacji między graczami – wiadomo, że sposobów na kontakt internetowy jest multum. Ale z drugiej strony, taki sposób gry umożliwia mu na przykład na podzielenie bohaterów na dwie grupy i prawie-jednoczesne prowadzenie obydwu gier. Łatwiej też, co w dzisiejszym – zabieganym – świecie nie jest takie proste, zebrać kilku graczy przed monitory, niż kazać im przyjeżdżać z kilku końców miasta.

Podsumowując: myślę, że PBIRC tradycyjnej rozgrywki RPG nie jest w stanie zastąpić (jak zresztą wszystkie inne substytuty), natomiast wydaje mi się, że najbliżej mu klasycznemu sposobowi grania – w przeciwieństwie do na przykład rozgrywek forumowych, czy też mailowych, które z typowym, „gadanym” RPG mają już mniej cech wspólnych. Być może nastąpi rewolucja techniczna i kilkuosobowa konferencja na Skype nie będzie powodowała trudności technicznych większych niż najtrudniejszy przewidziany przez MG quest, ale w gruncie rzeczy – wtedy po prostu rozgrywka wróci zupełnie do korzeni, tylko w bardziej nowoczesnym wydaniu. Może szkoda?


Masato Okane: Uważam się za miernego gracza. Nigdy (podkreślam: nigdy) nie RPGowałem w prawdziwym życiu, gdyż żyję na takim zadupiu, że kogoś porządnego znaleźć to cud, a jak się zdarzy, to mamusia nie puszcza, bo to jakiś pedofil/pedał/ćpun może być. Życie piętnastolatka usłane różami nie jest (może i dobrze? Pokłuć się można…). Co pozostaje? No tak — Internet, ambrozja i nektar dla ludzi takich jak ja. W Internecie odnalazłem jedną z moich wielu dusz — duszę aktorską, którą rozbudzałem jako kilkulatek w teatrzykach. Zaczynałem skromnie — na forum Mitvengardu, gdzie mój nekromanta stawiał pierwsze kroki wspierając się o… Katanę! Wędrowałem tak pewien czas, aż znalazłem światełko w tunelu. Strona PBIRCa — do dziś pamiętam czasy, kiedy czytałem kwiatki Coup de Grace. I postanowiłem pomóc w ich tworzeniu. Rozmowa z Borysem i długi czas czekania… Wreszcie — możliwość zagrania w jakiejś minikampanii. I jakie odczucia? Wspaniała fabuła (pozdrowienia dla Agathy Christie!), cudne przedstawienie — nigdy nie wiesz, co się dzieje w innym miejscu — jesteś w jednym pokoju i basta!

A pomijając moje przygody — PBIRC to doskonałe doświadczenie, nie mogę go porównać do reala, ale wiem jedno — takiego klimatu nigdzie się nie znajdzie. Te magiczne cztery godziny (czasami dłużej) odstresowują mnie bardziej, niż Soul Calibur. Określić jednym słowem PBIRCa? Fenomen.


Scobin: Wydaje mi się, że słabe strony PBIRC-a (w porównaniu z grą w realu) są na tyle jasne, iż nie ma potrzeby ich tu wymieniać. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na to, co sprawiło, że mimo owych wad grało mi (i prowadziło, choć jak dotąd tylko dwie sesje) się naprawdę dobrze.

Po pierwsze — nie mam odczucia, by PBIRC (jak i cały internet, oczywiście w rozsądnych granicach) niszczył relacje z ludźmi. Więcej: uważam, że pomaga je podtrzymywać, zwłaszcza gdy gracze są tak bardzo oddaleni od siebie, iż table-topowe sesje stają się niemożliwe.

Po drugie — PBIRC nie jest tylko rekompensatą! Ma pewne szczególne zalety, których brak tradycyjnej formie erpegowania. Jedną z nich jest muzyka: ponieważ komunikujemy się tylko pisemnie, uszy są wolne i można posłuchać utworów wybranych przez mistrza gry (a czasem osobiście przezeń dopieszczonych) specjalnie na potrzeby sesji. Przy okazji pojawia się możliwość wprowadzenia dodatkowego napięcia fabularnego, kiedy gracze mogą poznać tytuły poszczególnych kawałków i wiedzą, że to dzisiaj pojawi się np. Główny Bad Guy — ale nie mają pojęcia, czy wystąpi bezpośrednio, czy w retrospekcji, czy przez chwilę, czy na długo. Podobnie z takimi słowami-kluczami jak „Modlitwa” czy „Pogrzeb” (sam pamiętam, choć to już z sesji w realu, wzmożone zainteresowanie i zaniepokojenie graczy, kiedy zobaczyli na końcu listy utworów tytuł „Śmierć”). No i wreszcie: prowadzący ma z układaniem muzyki (i tytułów!) nielichą zabawę. Czasem zaś, co znów wiem z autopsji, przesłuchiwanie przed sesją kandydatów do soundtracku potrafi podsunąć bardzo ciekawe pomysły ilustracyjne, a nawet fabularne.

Inna zaleta to wielokanałowość przekazu. Zapomnijcie o maleńkich karteczkach mozolnie wypisywanych i przekazywanych poszczególnym graczom przez mistrza gry! Teraz prowadzący, jeśli jest wystarczająco sprawny w klawiaturopisaniu oraz ma przerzutny umysł, może nadzorować przebieg gry nawet na kilku kanałach IRC-owych jednocześnie.

(Przy okazji, jeśli drużyna tego chce, można utworzyć osobny kanał techniczny, na którym będą się pojawiać m.in. kwiatki z sesji [choć dla tych ostatnich można również zarezerwować jeszcze jeden kanał — byle nie przesadzić]).

Po trzecie — nie każdy jest dobrym aktorem. A internetowa forma rozgrywki pozwala w sporej części unieważnić to ograniczenie.

Po czwarte — umowność świata okienek i znaczków, w którym nie widzimy twarzy kolegi, a jedynie nick jego postaci, może czasem bardzo pomóc w uprawdopodobnieniu rzeczywistości, w której toczy się gra. Nie jesteśmy wiązani przez wygląd grających, ich parsknięcia, spojrzenia czy tembr głosu. Pamiętacie, jak dziwnie się czuliście, kiedy barczysty prowadzący chciał/musiał/próbował odgrywać powabnowłosą blondksiężniczkę? Teraz ten problem traci na wadze.

Po piąte jednak — trzeba przyznać, że istnieją także plusy ujemne. PBIRC wymaga bowiem nie tylko stałego dostępu do internetu (choć ten jest u nas coraz powszechniejszy, a poza tym nie jest warunkiem sine qua non), ale też możliwie jak najszybszego pisania na komputerze. To ostatnie dotyczy szczególnie MG; potrzeba mu także sporych umiejętności (oraz wprawy) w przerzucaniu się z jednych trzech wątków na drugie pięć i z powrotem.

Uff! Trochę się rozpisałem. A przecież nie chodziło o to, by gruntownie opisywać wszystkie za i przeciw. Zatem krótko: PBIRC to nie to samo co real, owszem — ale nie twierdziłbym jednoznacznie, że jest tylko namiastką tego drugiego. To chyba trochę tak, jakby dowodzić, że kacz… gęś jest np. lepsza od kury. A tymczasem wszystko zależy od okoliczności. Gęś zaprosimy do gospodarstwa, gdy będzie nam potrzebne gęsie pióro. Kurę — gdy rosół. A przecież, jak powiada poeta, z rosołu nie zrobisz pierza ani z zupy pióra.


LawDog: Sesja via IRC, kiedy wszyscy posługują się słowem pisanym, przypomina pisanie rozdziału powieści albo… scenariusza filmowego. „Skrypt” powstaje na oczach grających, oni tworzą go wspólnie. Dzięki takiej, a nie innej formie, gracze bardziej przykładają się do kwestii wypowiadanych przez odgrywane postaci. Forma narzuca też swoistą dokładność i większą staranność w opisach Mistrza Gry. Wszystko tu mamy na piśmie i ciężko coś potem odkręcić.

Pisząc o „odgrywaniu” postaci, w przypadku PBIRCa należy nieco to pojęcie wyprostować. W wirtualu odpadają wszelkie aktorskie wybiegi. Gestykulacja, modulowanie głosem – o tym wszystkim trzeba napisać. Mają szansę wykazać się ci gracze, którzy – choć w realu są przeciętnymi aktorami – zręcznie posługują się słowem i mają literackie zacięcie. Grając na IRCu odniosłem także wrażenie, że innego, zaryzykuję – głębszego wymiaru nabierają relacje między postaciami wewnątrz drużyny. Inaczej bowiem rozmawia się z kimś, kto patrzy ci w oczy, inaczej z osobą, której nie widzisz. Wpływ ma na to między innymi właśnie aktorska nieporadność graczy, odgrywających swoje postaci.

PBIRC zdecydowanie różni się od grania w realu i nie powinno to chyba nikogo specjalnie zaskakiwać. Oczywiście, wszystko i tak zależy od podejścia Mistrza Gry, mniemam jednak, że u najbardziej nawet konserwatywnych w sprawie mechaniki prowadzących, na IRCu zejdzie ona na nieco dalszy plan. W dwuletniej kampanii, w której brałem udział, istniała zaledwie w formie szczątkowej, mimo, iż akcji i scen, w czasie których jej użycie mogłoby wydawać się niezbędne, nie brakowało. Już same postaci tworzone były raczej „na wyczucie”. Nad zasadami górowało zdrowe podejście i rozsądek MG. I to naprawdę się sprawdziło.